24 lipca 2017

#książka - "Królowa cieni" S.J.Maas

Nie mam pojęcia jak to zrobiłam, ale ten post tkwi w moich wersjach roboczych od prawie miesiąca. Ostatnio znalazłam go przez przypadek i od razu posyłam go wam. Moje niezorganizowanie życiowe kiedyś mnie zniszczy.


Do tej pory Cealena traciła wszystkich wokoło. Przyzwyczaiła się to tego, że ważne dla niej osoby w końcu tracą życie. Jednak gdy okiełznała moc, ma zamiar z tym skończyć. Wraca do kraju wroga, który dysponuje ogromną siłą, podczas gdy ona pozbawiona jest magii. Może liczyć na swoich towarzyszy, których grono rośnie w siłę. Jednak czy wystarczy by odnieść zwycięstwo?

Naprawdę nie umiem, albo po prostu nie lubię, pisać recenzji kolejnych tomów. Po pierwsze nie chce wam dostarczyć więcej spoilerów niż te zawarte w opisie książki, Po drugie, nie lubię się powtarzać. A o to z reguły zakrawają mi recenzje kolejnych tomów serii.

"Królowa cieni" może nieco przerazić swoją objętością. W końcu nie każdy lubi cegły, a uderzenie tą książką na pewno spowodowałoby niezłe obrażenia. Jednakże nie dajcie się zwieść, bo książka naprawdę jest warta uwagi. Może jedynie boleć jej stan po noszeniu jej ze sobą. Ale to już kwestia wydania, które po prostu musimy zaakceptować.

Czwarte spotkanie z Cealeną utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest jedną z najciekawszych, młodych bohaterek. Jej charakterek został nieco utemperowany, a wola walki urosła. Miewa momenty gdy czytelnik ma ochotę zdzielić ją w twarz, jednak jest ich niewiele. W ogólnym rozrachunku nadal jest świetnie skrojoną bohaterką. Na przestrzeni kolejnych tomów, wokół niej wyrosło kilka naprawdę intrygujących postaci. Część z nich początkowo mierziła, jednak z upływem stron się to zmieniało.

Pewnym jest fakt, że ta część powstała na zupełnie innych zasadach niż poprzedniczka. Tutaj dzieje się wiele i to niemal non stop. Aż trudno w to uwierzyć trzymając w dłoniach 800 stronicową książkę. A jednak Maas się to udało. Stworzyła tomiszcze pełne akcji, intryg, przemian bohaterów i zaskoczeń czytelnika. O tak, ta część zdecydowanie tak wygląda.

Autorka chyba dostrzegła plusy narracji rożnymi bohaterami. Trzyma się jej i wprowadza do tego kolejne postacie. Intryguje przy tym i wyjaśnia wiele kwestii. I właśnie za to czytelnik ma prawo ją kochać. Kobieta wie co robi i robi to z głową.

Zastanawia, a równocześnie nieco martwi mnie jeden fakt - jak długa ma być seria o Cealenie? Skoro 4 tom kończy się w taki sposób (zawiłość spowodowana niechęcią do spoilerów), zaczynam myśleć ile tomów jeszcze przewiduje autorka. Bardzo nie chciałbym by stworzyła serię obszerną zarówno objętościowo jak i tomowo (istnieje takie słowo?).  Rozwleczenie tej historii aż nadto wcale by jej nie służyło. Opowieść ma swój klimat, ale nie wiem jak długo czytelnicy w nim wytrwają bez znużenia.

W mojej opinii "Królowa cieni" jest jednym z lepszych tomów tej serii. Choć obszerny, to przy odpowiedniej ilości czasu jego lektura jest płynna. Nie mam do tego wątpliwości, jak i do tego, że ciężko się tutaj nudzić.

Za możliwość przeczytania "Królowej cieni" dziękuje wydawnictwu Uroboros
 


21 lipca 2017

#książka - "Dwór mgieł i furii" S.J.Maas

Naprawdę chciałabym pisać więcej i częściej. Mój system pracy uniemożliwia mi czytanie i pisanie w takich ilościach w jakich bym tego chciała. Mam jednak nadzieje, że to się niedługo zmieni. Tymczasem zapraszam was na mój instagram, gdzie czekają na was trzy książki do wygrania.


Feyra wróciła na Dwór Wiosny zupełnie inna. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. To co spotkało ją pod Górą wywarło na niej ogromną presję i nie daje o sobie zapomnieć. I choć dziewczyna wydaje się wieść idealne życie, nie ma łatwo. U boku ukochanego, chroniona przed wszystkimi niebezpieczeństwami, pławi się w luksusie, który dla niej jest złotą klatką. Po trzech miesiącach o swoją część umowy upomina się książę Dworu Nocy. Feyra nie ma pojęcia jak wiele zmieni zawarta przez nią umowa.

Pierwszy tom nie był dla mnie tym samym co dla innych. Był po prostu lekką lekturą, której zakończenie ciekawiło ale jednak bez większych emocji. W końcu moja wrodzona ciekawość wygrała i na mojej półce zagościł drugi tom. Szybciutko pochwyciłam go w łapki. No i wtedy się zaczęło.

Pierwsze rozdziały były nieco powolne, przypominające wydarzenia poprzedniczki i ukazujące jej konsekwencję. To wprowadzenie było zaledwie rozgrzewką, a wraz z kolejnymi rozdziałami, Maas pokazała co tak naprawdę potrafi. Stworzyła niezwykle emocjonującą książkę, która dozowała czytelnikowi emocje. I co najlepsze, emocje te odnoszą się do wszystkich bohaterów, a ich rozpiętość nie zna granic. Bohaterów można kochać, by już po chwili nie móc ich znieść.

Ogromnie podoba mi się Feyra. Choć mogłoby się wydawać, że będzie kolejną typową bohaterką młodzieżówki, ona taka nie jest. Jest dojrzalsza i o wiele roztropniejsza od pozostałych bohaterek tego typu książek. I właśnie to tak bardzo w niej polubiłam. To niezwykle autentyczna postać, która choć wydaje się mieć w życiu niebywałe szczęście, tak naprawdę mierzy się z jego przeciwnościami i konsekwencjami. Ten autentyzm i dorosłość Feyry bardzo przypadły mi do gustu.

Nie tylko Feyra posiada takie cechy. Książka sama w sobie dojrzalsza od pozostałych młodzieżówek. Stwierdziłabym, że Maas stworzyła tutaj lekką, łatwą i przyjemną pozycję dla nieco czytelników kończących swe naście lat. Popieram opinię, że niektóre pozycje powinny być dozwolone od określonego wieku. I choć część może mnie za to skrytykować, ta pozycja nie jest dla czytelników poniżej 15/16 lat. Ci, którzy znają treść zapewne wiedzą dlaczego tak uważam.

Z każdą kolejną pozycją tej autorki, utwierdzam się w przekonaniu, że język jakim się posługuje jest ujmujący w swej prostocie. W końcu Maas nie posługuje się wyszukanymi słowami, a tworzy wciągające i emocjonujące książki. Wciąga czytelnika w swój świat bardzo szybko i na długo. A w ten zwłaszcza.

Przy poprzedniczce wspominałam o słabości motywu miłosnego. Wierzcie mi, w tym temacie złamane zostały chyba wszystkie utarte schematy. Na ich miejsce powstało coś zupełnie nowego, innego i absorbującego bez końca. Wierzcie mi na słowo, że emocje jakie mną targały w związku z tym aspektem są nie do opisania. Dawno tego nie doświadczyłam przy żadnej książce. Dlatego przeklnijcie mnie za to, że robię to dopiero teraz - cały ten tekst mogłabym skwitować krótko - O MÓJ BOŻE, RHYS!

Kończąc ten tekst i czytając go ponownie mam wrażenie, że o czymś zapomniałam wam powiedzieć. Że zabrakło mi słów na opisanie tego jak wielką frajdą był dla mnie ten tom. Przyznam, że to pierwsza książka po której przeszło mi przez myśl by mówić, nagrywać zamiast pisania. Na całe szczęście (dla was i mnie) szybko ten pomysł upadł.

"Dwór mgieł i furii" to ten typ książki, którą z jednej strony chcesz pochłonąć, a z drugiej nie możesz się  z nią rozstać Takiego kaca książkowego nie miałam już bardzo długo i podziwiam osoby czekające na kolejne tomy dłużej niż ja. Chociaż już się boję jak bardzo moje serce może ucierpieć przy następnej części. Jednak jestem pewna, że będzie tego warta.


Za możliwość przeczytania "Dworu mgieł i furii" dziękuje wydawnictwu Uroboros

12 lipca 2017

#książka/przedpremierowo/ - "Czarna Madonna" R.Mróz

Niby mam wakacje, a nie mam na nic czasu. Dorosłe życie naprawdę ssie. Chodzenie do pracy, która trwa dłużej niż osiem godzin powinno być zakazane. Zwłaszcza gdy masz w niej kontakt z ludźmi. Koniec żali, czas na książki!

 Premiera 19 lipca!
 
Boeing 747 lecący do Tel Awiwu miał lądować o trzeciej w nocy. Wszystko wydawało się zmierzać ku temu, póki samolot nie zniknął z radarów gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Wśród 520 pasażerów była narzeczona Filipa. Wszyscy liczą na odnalezienie maszyny. W końcu nikt nie odnalazł wraku, o zamachu nie ma mowy, a transponder co jakiś czas nadaje sygnał. Jaki związek z zniknięciem samolotu ma obraz "Czarnej Madonny"? Im więcej odpowiedzi, tym mocniej Filip wierzy, że niewiedza to skarb.

Promocja tej książki bardzo mnie zaintrygowała. Kolejne koperty z informacjami o "locie" były naprawdę świetnym pomysłem marketingowym. Szybciutko nabrałam ochoty na tę książkę. Jednak mimo to pozostawałam nieco sceptyczna. Głośno mówię o tym, że mocno obawiałam się sięgać po kolejnego Mroza. Zwłaszcza, że obiecałam sobie pozostać na serii z Chyłką. Warto było zaryzykować?

Już po kilkudziesięciu stronach stwierdziłam, że to zupełnie inny Mróz. Nie tworzy bohaterów według schematów z jakich doskonale go znamy. Kreuje kogoś zupełnie nowego, innego, świeżego. I za to bardzo tę pozycję polubiłam. Niby taka prosta rzecz, a jednak bardzo szybko przekonała mnie do dalszej lektury. Zwłaszcza, że schematyczność to coś co od jakiegoś czasu nieco odpycha mnie od autora.

Książka ma w sobie jednak jedną rzecz, którą bardzo sobie cenie w autorze - aktualność. Nie chodzi mi tutaj tylko o motyw znikających samolotów, on aktualny będzie (niestety) chyba zawsze. Bardziej chodzi mi o drobnostki, które nadają całości autentyczności. Mam tutaj na myśli chociażby odwołanie do piosenki Organka o tym samym tytule co książka. Wespół z językiem autora, składa się to na opowieść, która wydaje się czytelnikowi mieć miejsce dokładnie w momencie czytania.

Mam wrażenie, że Mróz rzucił się na nieco głębszą wodę decydując się na poruszenie tematu religii. Zwłaszcza, że odgrywa ona tak mocną rolę w całości. Niestety mam wrażenie, że część czytelników będzie oburzona niektórymi scenami książki czy sposobem ukazania niektórych aspektów religii. Osobiście nie zaliczam się do tego typu osób i dla mnie wiele z tych elementów było wręcz intrygujące. Wcześniej wspomniani, muszą pamiętać, że jest to fikcja literacka.

Nie umiem jednoznacznie ocenić "Czarnej madonny". Nie jest ani totalną klapą, ani mistrzostwem. Powiedziałabym, że ma w sobie wiele z obu. Bywały momenty gdy nie chciałam robić nic innego tylko przerzucać strony tylko po to by za chwile nieomal zasnąć nad nimi. To taka dziwna hybryda, która nie współgra ze sobą zbyt dobrze. Ma niestety wrażenie, że te słabsze momenty przeważały.

  Za możliwość przeczytania "Czarnej madonny" dziękuje wydawnictwu Czwarta Strona.