20 października 2017

#książka/przedpremierowo/ - "Dwór skrzydeł i zguby" S.J.Maas

#książka/przedpremierowo/ - "Dwór skrzydeł i zguby" S.J.Maas
Ten tekst mógłby pojawić się już dawno temu. Książkę skończyłam w trzy dni, a przy moim ostatnim zamieszaniu życiowym - to jest wyczyn. Co prawda w busach, gdzie spędzam około 3,5 godziny dziennie, czytam na potęgę. Jednak ta pozycja przypadła mi na weekend. Wtedy organizacja mojego czasu umiera. Dla niej rzuciłam niemal wszystko i rozprawiłam się z nią najszybciej jak mogłam.

Premiera 25 października!

Feyra znów wraca na Dwór Wiosny. Tym razem przychodzi jej zmierzyć się z czymś trudniejszym niż poprzednio. Jednak ona sama jest o wiele silniejsza.  Niewielka pomyłka wystarczy by świat jej i jej najbliższych przeistoczył się w ruinę. Nadchodzi wojna, a ona musi szukać pomocy wśród najbardziej niespodziewanych sojuszników. Czy to wystarczy by zwyciężyć w wojnie?

Doskonale wiem, że ten opis jest ciut zagmatwany i niewiele sobą reprezentuje. Tym z was, którzy jeszcze nie czytali Dworów, nie chciałam psuć zabawy. Natomiast dla tych którzy już w tym świecie przepadli - opis jest zbędny. Tu wystarczy znać poprzednie tomy by po prostu czuć przymus czytania "Dworu skrzydeł i furii". Choć minęło już sporo czasu odkąd skończyłam ją czytać, nadal mam w sobie pełno emocji, które nie do końca umiem sprecyzować. Dlatego ten tekst może być chaotyczny i niespójny. Wybaczcie, ale to co zrobiła ze mną Maas przy tej książce, jest wręcz nie od opisania.

"Dwór skrzydeł i zguby" na początku wydawał mi się nieco leniwy. Nastawiony na akcje utkaną z intryg. Dopiero później, gdy bohaterowie rzeczywiście ruszają do walki zostaje zawiązana akcja, która rusza szybko i nie zatrzymuje się. Dzieje się tak wiele, że aż ciężko oderwać się od książki choć na chwilę! Te ponad 800 stron to przyjemność w czystej postaci.

Już przy poprzednim tomie Feyra urzekła mnie swoją dojrzałością. Tym razem pokazała, że wcale się nie pomyliłam w jej ocenie. Postawiła przed sobą niezwykle trudne zadanie i zmierzyła się z nim znając konsekwencje. Nie jest kolejną głupiutką bohaterką młodzieżową, wręcz przeciwnie. Stała się jedną z niewielu naprawdę dojrzałych, kobiecych bohaterek tego gatunku. Właśnie dzięki niej Maas przywraca mi wiarę w młodzieżówki.

Po tym tomie bez zastanowienia mogę stwierdzić, że Maas tworzy młodzieżówki dla nieco dojrzalszych czytelników. Niby to wszystko jest łatwe, szybkie i przyjemne. Do tego pełne jest elementów, które kojarzą się z młodzieżówkami. Jednak autorka umiejętnie prowadzi bohaterów i fabułę nadając im dojrzalszego charakteru. Ciężko pomyśleć o bohaterach w kategorii rozwydrzonych nastolatków. Nawet jeśli czasem mają takie zachowania, są o wiele dojrzalsi. Jeśli ktoś, tak jak ja przed lekturą pierwszego tomu, ma ją za młodzieżówkę, myli się bardzo. I nawet jeśli pierwszy tom mocno nią pachnie, zapewniam, że kolejne dwa rozwieją wszelkie wątpliwości.

Ciężko jest mówić o niej wiele, nie zdradzając wszystkiego. Na pewno jest warta czekania. Jestem pewna, że wzbudzi w każdym fanie serii niezwykle wiele emocji. I to momentami bardzo skrajnych. To ten typ historii jakie przeżywa się całym sobą. "Dwór skrzydeł i zguby" na pewno złamie wam w końcu serce. Chociażby samym faktem, że to już koniec.

Uwielbiam wielowątkowość tej książki. Fakt, wiele z nich pozostało nadal otwartych. Liczę, że Maas w jakiś sposób te wątki jeszcze ożywi tylko po to by ostatecznie się z nimi rozprawić. Choć będzie mnie to znów kosztować trochę nerwów, jestem pewna, że będzie tego warte. Są wątki, które koniecznie trzeba zamknąć. One o to wręcz proszą!

Ogromnie cieszy mnie (i równocześnie nieco boli), że to tylko trylogia. Z jednej strony wole mniejszą ilość grubszych książek, w których akcja jest skondensowana. Taka seria nie staje się "odgrzewanym kotletem" czy źródłem do odcinania kuponów. Z drugiej strony w tym przypadku mnie to boli. Mogłabym spotykać się z tym bohaterami chyba bez końca. Uwielbiam ich samych i ich świat.

Autorka nie raz przyprawiła moje czytelnicze serduszko o szybsze bicie. Udało jej się nawet zatrważająco mocno zbliżyć mnie do jego zawału. "Dwór skrzydeł i zguby" wywołał u mnie wiele przeróżnych emocji, a niewiele książek może się tym poszczycić.  Jedno jest pewne - dla fanów fantasy ta trylogia to niemal obowiązek. A tych, którzy czytali drugi tom już niedługo czeka naprawdę rewelacyjna przygoda. Aż wam zazdroszczę, że możecie odkrywać ją na nowo!

Za możliwość przeczytania "Dworu skrzydeł i zguby" dziękuje wydawnictwu Uroboros

25 września 2017

#książka/przedpremierowo/ - "Oskarżenie" R.Mróz

#książka/przedpremierowo/ - "Oskarżenie" R.Mróz
Wasz odzew pod poprzednim postem niezwykle mnie ucieszył. Zwłaszcza, że tak wiele z was się ze mną zgadza! To znak, że nie wariuje i naprawdę dzieje się tutaj coś dziwnego. Może wspólnymi siłami i małymi krokami uda nam się to zmienić! Dajcie mi znać jeśli lubicie takie luźniejsze posty i chcielibyście ich więcej. Może nawet macie jakieś tematy o których chcielibyście poczytać?

Premiera 27 września

Cztery lata temu pod Warszawą zamordowano czterech chłopców. Zabójca został ujęty i skazany. Dowody wskazujące na dawną legendę "Solidarności" były nie do podważenia. Mimo to, mecenas Joanna Chyłka dostaje wiadomość od żony skazanego, według której mężczyzna jest niewinny. Dopiero gdy kobieta ginie, Chyłka postanawia przyjąć sprawę. DNA jednej z ofiar zostało znalezione w miejscu innego przestępstwa. A Kordian Oryński nie wiedzieć czemu jest powiązany z tą sprawą...

Któż nie czeka na kolejną Chyłkę? Wszyscy fani Mroza trąbią o niej już na długo przed premierą. A tuż przed nią, niemal każdy przebiera nogami zniecierpliwiony. Choć sama czekam na kolejne tomy, mój entuzjazm powoli robi się co raz mniejszy. To jednak temat na osobny tekst. Ten ma być poświęcony najnowszej Chyłce.

Pewne jest jedno - ta część, najbardziej ze wszystkich skupia się na bohaterach. To o nich jest tutaj najwięcej, to oni są najważniejsi. Historia kryminalna niknie na pewien czas i pojawia się dopiero później, gdy w kwestii Zordona i Chyłki powiedziane zostało wiele. W tej części najmocniej widać, że to prawniczy duet jest tutaj najważniejszy, a nie sprawy jakimi się zajmują. Oni sami są tacy jak zawsze - błyskotliwi, ironiczni i z charakterem.

Naprawdę ciężko pisać mi ten tekst, już teraz czuje, że będzie jednym z krótszych na temat książek autora. A już bez dwóch zdań będzie jednym z tych niewielu negatywnych. Nie chcę go zmienić w tyradę dlaczego mój stosunek do autora tak szybko i mocno się zmienił - jak wspominałam wcześniej, przyjdzie na to czas. Ukrócając, mam wrażenie, że ta część powstała zdecydowanie zbyt szybko.

Z pozoru wszystko jest na swoim miejscu - nierealna intryga, zadziorni bohaterowie i wbijające w fotel zakończenie. Jednak to wszystko nie działa już tak dobrze. Na pewno przyzwyczailiśmy się do tego co serwuje nam autor. Te same zabiegi nie będą wiecznie działać na czytelnika tak samo. Osobiście po lekturze "Oskarżenia" czułam ogromny niedosyt. Satysfakcję i niedosyt. W niektórych momentach naprawdę dobrze się bawiłam - wybuchałam śmiechem, sypałam przekleństwa. Mimo to, mam wrażenie, że ta książka została nieco rozciągnięta.

Nie myślcie, że jestem kategorycznie przeciwna tej książce. Mimo wszystko jest warta uwagi, fani serii pewnie się nie zawiodą. Ja tylko ostrzegam, że należy mieć do "Oskarżenia" pewien dystans. Kończąc lekturę zaczęłam się zastanawiać czy aby czasem ta seria powoli się nie wypala. Z jednej strony nie chciałabym tego. Bardzo lubię Chyłkę jako ją samą. Z drugiej jednak strony, wole by jej historia skończyła się póki pałam do niej entuzjazmem, a ona sama nadal warta jest uwagi.

  Za możliwość przeczytania "Oskarżenia" dziękuje wydawnictwu Czwarta Strona.

24 września 2017

#blog - dlaczego nie czytujemy blogów

#blog - dlaczego nie czytujemy blogów
Siedzę już trochę w blogosferze. Najpierw udawałam, że znam się na grafice, szablonach i innych pierdach z programów graficznych. Potem odnalazłam to co najbardziej cieszy mnie w blogaskach - pisanie. Od tego czasu zostałam tutaj.

Nie ważne jaki typ bloga prowadziłam, szybko można było zauważyć, że to wcale nie jest takie łatwe zadanie. Gdy już coś tworzysz, wkładasz w to serduszko i swój wolny czas, chcesz zobaczyć tego efekty. Tutaj są one najlepiej widoczne poprzez rosnący licznik odnotowanych wejść i kolejne komentarze pojawiające się pod postami. Nie ma co owijać w bawełnę, każdy z nas jest na nie łasy. Tylko nie każdy je otrzyma.

Od pewnego czasu mam wrażenie, że blogosfera niknie w oczach. Może to kwestia tego, że odeszłam od komputera i nie mam aż tyle czasu co kiedyś by przeglądać i komentować posty innych autorów. Jednak pamiętam blogi, które wcale nie były aż tak systematyczne, ich autorzy niewiele udzielali się u innych, a nadal mieli swoje stałe grono czytelników. Teraz mam wrażenie, że nawet o to już ciężko. O takie małe, nawet kilkuosobowe "zaplecze czytelnicze", O takie osoby, które niemal zawsze skomentują Twój post, bo po prostu lubą to jak piszesz.

Nigdy nie twierdziłam, że mam oszałamiające statystyki. Cieszyłam się z tego co osiągnęłam, z cyferek jakie widziałam tylko ja. Były moją motywacją. Zmieniłam styl życia blogowego, w końcu prywatne mnie do tego zmusiło, i zauważyłam ogromną różnicę. Niestety z negatywnym wydźwiękiem. I gdy tak patrzę na te kilkadziesiąt (!) wyświetleń niektórych ze swoich postów, zaczynam się zastanawiać - dlaczego nie czytujemy blogów innych?


Wiem, może to ja przestałam pisać w ciekawy sposób i tylko się łudzę, że ktoś lubi mnie czytać.

1. Blogów jest zdecydowanie zbyt wiele
Osoby, które blogosferę znają od lat zapewne się ze mną zgodzą, że ilość blogów książkowych mocno wzrosła. I to w dość szybkim tempie. Nagle pojawił się ich wysyp i atakowały nas niemal z każdej strony. Ponoć co za dużo, to niezdrowo. Tutaj to powiedzenie sprawdzałoby się idealnie. Spośród setek blogów, ciężko wyłowić jest te najbardziej wartościowe. Kolejne adresy brzmią do siebie łudząco podobnie. Szablony i zdjęcia niczym się nie wyróżniają. Nic więc dziwnego, że ciężko jest się nam odnaleźć. Natomiast patrząc z drugiej strony, strony twórcy, mamy przed sobą nie lada zadanie by wybić się w tym tłumie.

2. Nie ma w nich nic wartościowego
Kolejne powiedzenie - liczy się jakość, a nie ilość. Czyż to również nie pasuje do naszego blogowego światka? Niech pierwszy rzuci kamień ten, kto przeglądając blogi nie trafił na przynajmniej jeden, którego treść zdawała się wołać o pomstę do nieba. Szanuje każdego kto próbuje swoich sił w pisaniu. Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwe, a nikt się geniuszem nie urodził i musi dojść do wprawy. Jednak gdy raz po raz trafiasz na blog, który zamiast recenzji zawiera staszczenia, zapewne tracisz ochotę na przeglądanie kolejnych. Nie mam się za mistrza recenzji, ale nawet ja nie jestem w stanie zrecenzować książki w dziesięciu zdaniach.

3. Życie nam na to nie pozwala
Wspominałam już o tym klecąc ten nieco przydługi wstęp, ale zrobię to jeszcze raz. Wielu z nas jest osobami dorosłymi. I nie myślę tu o świeżych osiemnastkach. Studiujemy, pracujemy, niektórzy prowadzą domy, mają dzieci. To wszystko (i jeszcze więcej) skutecznie zajmuje czas, a czasem nawet odbiera chęci do siadania przed komputerem. Dlatego zwyczajnie nie mamy kiedy i jak tych blogów czytać. Mimo wszystko, wiem z własnego doświadczenia, że chociaż razy czy dwa w tygodniu da się wygospodarować choć odrobinę czasu i poczytać blogaski.


Trzy wymienione przeze mnie powody to bez wątpienia krople w morzu powodów. Jednak te trzy wydają mi się być najistotniejszymi i najpopularniejszymi. Mogę się mylić, w końcu mam do tego prawo jak każdy. To moja ocena, mój osąd tego co widzę w blogowym światku. A mój blogasek to jedno z niewielu miejsc gdzie mogę się (niemal) bezkarnie wyżalić.
Może Ty chcesz mi powiedzieć dlaczego nie czytasz blogów? Nie krępuj się! Jestem bardzo ciekawa.

22 września 2017

#książka - "Reguła nr 1" M.Guzowska

#książka - "Reguła nr 1" M.Guzowska
Powolutku wraca mi chęć do czytania. Nawet nie wiesz jakie to cudowne uczucie. W końcu sięgam po książkę z ciekawością i uśmiechem, a nie z przymusu. To naprawdę rewelacyjna rzecz! Oby to się nigdy nie zmieniło. Doskonale wiem, że pewnie jeszcze w tym roku przyjdzie ten dzień gdy będę miała zerową chęć do czytania.


Simona Brenner jest archeolożką i to bezkonkurencyjną. Jednak to nie jest jej jedyne zajęcie. Nocami kradnie biżuterię, którą badała za dnia. Również jako złodziejka nie ma sobie równych. Szczęścia nie ma tylko w kwestii mężczyzn. Pewnego dnia zostaje wciągnięta w makabryczną grę. Jej zadaniem jest odnaleźć i skraść mityczne złote runo. Dopiero gdy wokoło zaczynają ginąć ludzie, kobieta zaczyna wierzyć w istnienie runa. Przemierzając kolejne miasta musi walczyć z śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem i zaufać innym. A przecież jej najważniejsza zasada brzmi prosto - nie ufaj nikomu....

Jeszcze dobrze nie skończyłam czytać opisu tej książki, a już wiedziałam, że muszę ją mieć. Historia od razu mnie zaciekawiła, okładka urzekła, więc moje czytelnicze serduszko od razu szybciej zabiło. Dopiero po chwili zorientowałam się dlaczego jeszcze. Uwielbiam serial "Kości", a Simona od razu skojarzyła mi się z jego główną bohaterką. Po prostu musiałam mieć tę pozycję w swoich łapkach.

Choć bardzo lubię mitologię grecką (Herkules to jedna z moich ulubionych bajek), nigdy specjalnie się w nią nie zagłębiałam. Zwłaszcza teraz gdy nie jest mi to do niczego potrzebne. Dlatego bardzo ucieszyłam się z tej drobnej mitologicznej powtórki. Oprócz złotego runa można się tutaj dowiedzieć wielu innych, równie ciekawych rzeczy związanych z mitologią.

Simona jest bardzo ciekawą główną bohaterką, pomijając to czym się zajmuje. Ma naprawdę ciekawy charakter. Jest kobietą silną i zdecydowaną, ale doskonale wie kiedy odpuścić. Doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożeń i często odpuszcza gdy ryzyko jest zbyt duże. Waśnie dzięki temu jest niezwykle realistyczną bohaterką, a nie kolejną postacią na miarę Lary Croft. Podobnie jest z pozostałymi bohaterami. Zaledwie kilku z nich towarzyszy jej przez całą książkę, ale nawet oni mocno stąpają po ziemi.

Mam mały dylemat czy mogę bez wahania stwierdzić, że jest to książka przepełniona akcją. Bez wątpienia dzieje się wiele, jednak są momenty gdy wszystko się uspokaja. Momentami nawet nieco wlecze. I wiecie co jest najlepsze? To połączenie idealne. Wszystko jest na tyle wyważone, że czytelnik nie ma szans się nudzić. Zwłaszcza, że złote runo naprawdę intryguje.

Nigdy wcześniej nie miałam styczności z tą autorką. Byłam ogromnie ciekawa czy wpasuje się w moje gusta i dołączy do grona lubianych przeze mnie rodzimych autorów. Bardzo szybko mnie do siebie przekonała. Stworzyła naprawdę ciekawą i zagmatwaną historię oraz realistycznych bohaterów. To wszystko wykreowała naprawdę przystępnym językiem. Dopiero pisząc ten tekst i robiąc drobny reaserch dowiedziałam się, że to już drugi tom przygód bohaterki. W treści zupełnie tego nie czułam.

Za możliwość przeczytania "Reguły nr 1" dziękuje wydawnictwu Marginesy

19 września 2017

#książka - "Ostatnia prawdziwa love story" B.Kiely

#książka - "Ostatnia prawdziwa love story" B.Kiely
Nie mam słów na własną systematyczność. A właściwie na te jej nikłe resztki. Mam nadzieje, że chęć do czytania i pisania wróci. Ostatnio co po chwila popadam z skrajności w skrajność - albo czytam bez opamiętania, albo wcale. Chyba czas naprawdę mocno przemyśleć istnienie blogaska.


Pewnej letniej nocy Hendrix i Corrina postanawiają wyruszyć w podróż. Niezwykłą bo aż na drugi koniec kraju, mając za towarzysza psa i dziadzia z Alzheimerem. Kradną auto i wyruszają w podróż życia. Ścigają ich rodzice i policja, a nawet lekarze z ośrodka w którym do tej pory przebywał dziadzio. Właśnie w tej podróży młodzież może przekonać się, że ma on rację twierdząc, że jedynymi historiami jakie przetrwają, są te miłosne.

Gdy tylko zobaczyłam te pozycję w swojej skrzynce mailowej, moja ciekawość szybko wzrosła. Okładka szybko wpadła w moje oko, a opis zachęcał do lektury. Dlatego nie wahałam się ani chwili, od razu zgłosiłam się po egzemplarz. Jak na tym wyszłam?

Bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie relacja wnuka z dziadkiem. Była niezwykle ujmująca. Zwłaszcza gdy dziś tak rzadko obserwuje się wnuczęta opiekujące się dziadkami. Hendrix dba o swojego i chce dla niego wszystkiego co najlepsze. Dlatego zabiera go w szaloną podróż by spełnić jego prośbę, póki choroba mu na to pozwala. To wręcz wzruszający motyw. Nawet dla takiego znieczulaka jak ja.

Relacja jaka łączy Hendrixa i Corinnne jest nietypowa. Choć czytelnik szybko może się zorientować w jaką stronę ona zmierza, zostaje zaskoczony. Ich więź nie jest w żądnym przypadku kolejną słodką opowiastką. To lekka i luźna opowieść, która naprawdę mogłaby się wydarzyć komuś z nas. Może poza aspektem ucieczki. Ich relacja jest bardzo możliwa. Takie historie aż chce się poznawać! Zwłaszcza patrząc na zakończenie, które także nie jest zbyt oczywiste.

Ta książka jest bardzo prosta. Zarówno jej historia jak i wykonanie. Nie ma tu nic zbędnego, wszystko jest na swoim miejscu w odpowiednich proporcjach. I choć wszystko wydaje się być idealne, ja zgubiłam się gdzieś pośrodku. Opowieść stała się dla mnie monotonna, a moja ciekawość wygasła. Tliła się aż do końca, jednak nie przyszło jej wrócić do łask.

Już teraz patrząc po opiniach jakie widzę w internecie widzę, że większość czytelników jest nią zachwycona. Jeśli chodzi o mnie, doceniam jej prostotę i potencjał. Jednak w moim odczuciu to wszystko nie do końca się sprawdziło. Pewnie dlatego, że ostatnio szukam uparcie fajerwerków i pędzącej akcji. Dlatego stwierdzam, że to pozycja idealna dla osób szukających pozycji lekkiej, łatwej i przyjemnej. Wtedy sprawdzi się idealnie.


Za możliwość przeczytania "Ostatniej prawdziwej love story" dziękuje wydawnictwu Młody Book



Copyright © 2016 Ciekawy cytat o książkach , Blogger